Cały ten czas oczekiwania…

Nie szczególnie należę do osób, które nadają imiona przedmiotom martwym. Ale jakoś naszło mnie pierwsze skojarzenie i proszę, wyszło – Prądojad. Jeżeli nadal się zastanawiacie jaki przedmiot nieożywiony uzyskał tak oryginalne imię to znak, że nie doczytaliście wszystkich moich wpisów. Nic straconego! Raz, że możecie to szybko nadrobić, a dwa – nie będę Was trzymał dłużej w niepewności – to mój wymarzony, zamówiony pół roku wcześniej Nissan LEAF. Nie będę się zagłębiać czemu oczekiwałem aż pół roku na samochód, który teoretycznie był dostępny do ręki. Wystarczy, że wspomnę – „dopłaty” i wszystko staje się jasne…

Żyjemy w globalnej wiosce

Kupowanie auta z dala od swojego miejsca zamieszkania to współcześnie nic zaskakującego. Liczne serwisy internetowe z samochodami używanymi (ale coraz częściej i nowymi), rozległe sieci dealerskie i możliwość przeglądania ofert dostępnych pojazdów u wszystkich dealerów danej marki powodują, że świat się nam znacząco skurczył, a wybieranie i zakup własnego auta nigdy nie był łatwiejszy. Może jedynie epidemia nieco utrudniła ostatnio możliwość wybrania się do innego kraju w Europie po odbiór auta, ale… wciąż to pisząc mam na myśli „tradycyjny zakup”, czyli auta z silnikiem spalania wewnętrznego. Życzeniem może być z mojej strony jedynie to, aby owa „tradycja” zaczęła zanikać i abyśmy o niej jak najprędzej zapomnieli. Nadal jednak ja stawałem pod realnym problemem. Samochód mogę odebrać, a to oznacza wycieczkę do stolicy, a potem powrót własnymi czterema kołami. Ale zacznijmy od początku.

Planowanie

Pobudka o 5:00 rano w poniedziałek nie może mi się kojarzyć inaczej niż z… delegacją. Tak było do czasu, gdy jeszcze regularnie podróżowałem służbowo (najczęściej koleją), choć pandemia zmieniła model podróżowania na długo (jeśli nie na zawsze). Spakowałem się już poprzedniego wieczora: dokumenty niezbędne do obioru, w tym dwie nowiutkie, zielone tablice rejestracyjne z wybranym przeze mnie numerem (ta trójka w numerze nie tyle co mi  ma przynosić szczęście, co po prostu ją lubię), przewód USB do podłączenia iPhone’a do dedykowanego gniazda w samochodzie (aby mieć dostęp do usług Apple CarPlay). W nocy słabo spałem, ale to chyba z podniecenia tym wydarzeniem. 😉 Rano pobudka, po czym wślizg w samochód (tak, z silnikiem spalania wewnętrznego, jakże by inaczej…) i kierunek Warszawa. Wybrałem trasę autostradami: Bursztynową (Solidarności) oraz Wolności. Nie wiem dlaczego A1 dostała w 2015 roku nazwę „Solidarności”, kiedy już wcześniej była „Bursztynową”. Ta druga nazwa zresztą jakoś lepiej do mnie zawsze przemawiała. Ale to nie jest teraz ważne. O wiele ważniejszy był wybór trasy, z uwagi na jej przejezdność (szczególnie o tak wczesnej porze) oraz restauracje szybkiej obsługi (zawsze jakiś dobry powód do odpoczynku na trasie i zapełnienia pustego z rana brzucha). Podróżowałem z przyjaciółmi, wszakże potrzebny był „kierowca zapasowy” (bo wracać trzeba na dwa auta).

Formalności i przyjemności

Pod siedzibę dealera podjechałem o 10:00. Wszelkie formalności zabrały coś około 50 minut, włączając w to przygotowanie auta do wydania, montaż tablic rejestracyjnych, podpisywanie dokumentów, opłacenie składki obowiązkowego ubezpieczenia oraz krótki instruktaż obsługi samochodu. Nad tymi czynnościami nie ma większego sensu się skupiać, ale instruktaż jest zabawny. Nie mogę zrozumieć dlaczego dealerzy nie lubią sprzedawać samochodów elektrycznych?! Przecież nie muszą się za wiele napracować. Taki klient przychodzi świadomy, jest rozeznany w dostępnych modelach, wersjach wyposażeniowych, itd. Odbiór jest jeszcze przyjemniejszy, bo nabywca auta elektrycznego przecież wszystko wie lepiej. Tak to już jest jak chce się być tzw. „Early Adopter-em”. Raz jeszcze więc się zadziwię dealerom… Dobrze, koniec zdziwień, pora zbierać się do drogi powrotnej.

Droga do domu

Dealer był na tyle uprzejmy, że otrzymałem samochód z naładowaną baterią do poziomu 97% pojemności. Jakże się ucieszyłem, gdy na wyświetlaczu pojawił się zasięg powyżej 300 km! Od razu pomyślałem, że przecież to prawie pod sam dom (od Gdańska dzieli mnie 365 km). Przez te „brakujące” 65 kilometrów mógłbym auto nawet na sznurku dociągnąć. Wszystko wydawało się tak piękne i realne do czasu, gdy zorientowałem się, że wciśnięty jest przycisk trybu „ECO” oraz wyłączona jest klimatyzacja. Realny zasięg wynosił zatem nieco ponad 260 km, a właściwie powinienem napisać, że „fabryczny” zasięg, ponieważ tym samochodem jeszcze nikt nie jeździł, więc wyliczenia nie bazują na danych użytkownika, ale jakimś zawiłym algorytmom, które opracował producent. 

Na trasę powrotną wybrałem krajową „siódemkę”. W ostatnich latach trasa ta wzbogaciła się o liczne odcinki o charakterze dwupasmowej drogi ekspresowej oraz liczne stacje ładowania. Ma ona także spokojniejszy przebieg oraz jest znacznie krótsza niż trasa autostradowa, gdzie musiałbym pokonać dystans około 430 kilometrów. Ochoczo ruszyłem więc pobliską trasą S2, a następnie fragmentem S8 prowadzącymi do drogi wyprowadzającej mnie z Warszawy w kierunku północnym, jadąc z maksymalną dopuszczalną prędkością. Widząc kurczący się zasięg nie wpadałem w panikę, ponieważ pierwsze ładowanie miałem i tak zaplanowane na stacji ładowania GreenWay zlokalizowanej przy gospodzie „Malinowy Bzyk” w Dalanówku, gdzie poza ładowaniem auta zaplanowałem posiłek. Gospodę polecam wszystkim zgłodniałym kierowcom, a stację ładowania „zgłodniałym” samochodom elektrycznym. To w tym miejscu narodził się w mojej głowie „Prądojad” (i tak już zostało). Oba miejsca powiedziałbym jednak, że cenią się nadto, co dotyczy zarówno pozycji w menu restauracji, jak i standardowego planu cennika GreenWay. Ale mówimy tu o czynnościach okazjonalnych, więc są jak najbardziej do przeżycia. Posiłek zajął nam około godzinę i wszyscy byliśmy najedzeni. Samochód „najadł się” do poziomu 96%. Wystarczająco, aby ruszyć w dalszą trasę. 

Pierwsze ładowanie na stacji sieci GreenWay odbyło się bez problemów

To była ta „trudniejsza” część trasy, prowadząca przez liczne odcinki „w budowie”. Ale dla auta elektrycznego to wprost wymarzona trasa, bo prędkość nie za duża, nie jest więc zbyt wymagająca dla baterii. Tym sposobem dojechałem do kolejnego zaplanowanego postoju, czyli stacji Orlen na MOP Pawliki,  gdzieś mniej-więcej na początku trasy ekspresowej. Okazał się to optymalny zasięg zarówno dla Prądojada, jak i… mojego pęcherza. Dalej bym nie dojechał, ani Teslą model Long Range, ani żadnym innym zatankowanym do pełna samochodem. Sieć stacji ładowania Orlen działa obecnie w programie pilotażowym, więc możliwe było skorzystanie z niej bezpłatnie. Pomimo dość ciepłego letniego dnia (temperatura dochodziła do 28 stopni Celsjusza), wskaźnik temperatury baterii sięgał niewiele ponad połowy wyświetlacza, a miałem już jedno szybkie ładowanie za sobą, ładowanie następowało z maksymalną dostępną mocą. Wniosek: tzw. „Rapid Gate” musiał zostać rzeczywiście rozwiązany wraz z ostatnią aktualizacją oprogramowania LEAFa. To dobrze, pomyślałem. Czas spędziłem na przeglądaniu różnych funkcji auta, uzupełnianiem płynów (moich, nie samochodu) i rozmowami przez telefon. W efekcie znów osiągnąłem stan 94% naładowania baterii. Mając przed sobą już wyłącznie odcinki o standardzie trasy ekspresowej, ustawiłem tempomat na prędkość 105 km/h i ruszyłem w drogę. Wyliczyłem niemal idealnie, ponieważ poza kilkoma wolniejszymi odcinkami wynikającymi z ograniczeń ruchu czy zatłoczonych pasów, dojechałem do domu. Z jakim wynikiem? Byłem godzinę i 20 minut później niż moi współtowarzysze podróży, którzy oddalili się zaraz po zjedzeniu obiadu.

Podsumowanie

Jak wspominam trasę? Bardzo przyjemnie. Dzień był wyjątkowo ciepły, a więc mogłem opalać się przez okno samochodowe, dlatego też klimatyzacja cały czas pracowała w trybie automatycznym. Przy stałej prędkości podróżowałem w trybie „ECO”, choć nie wiem czy jego wskazania nie były wyłącznie sugestywne, ponieważ im bliżej domu, tym oszczędności z włączonego tego trybu były wyłącznie symboliczne. Ile mnie kosztowała podróż do Gdańska? Nie wliczając obiadu dla kierowców oraz wydatków na kawę na stacji Orlen, wydałem ok. 29,- zł na ładowanie na stacji GreenWay. Drugie ładowanie odbyło się bezkosztowo. 

Odniosłem wrażenie, że podróżowanie samochodem elektrycznym na długich trasach mniej męczy. Konieczność ładowania baterii wymusza także odpoczynek kierowcy, a podczas jazdy w samochodzie jest cicho i przyjemnie. Nie rozprasza uporczywa zmiana biegów, redukcji podczas wyprzedzania, „turbodziura” i inne zjawiska, które towarzyszą nam od dziesiątek lat. Zupełnie inne doświadczenie, którego Wam bardzo polecam!