Prąd jest niewidzialny i niesłyszalny. Ale istnieje. Jest namacalny, choć lepiej nie łapać go rękoma. Samochody elektryczne, choć są praktycznie niesłyszalne, to jednak są widzialne. Czy aby na pewno? Jeżdżę trzeci tydzień samochodem elektrycznym i odnoszę wrażenie, że jestem niewidzialny. Prądojad nie zwraca na siebie w żaden sposób uwagi i nie zmieniają tego ani zielone tablice rejestracyjne, ani AVAS (od: Acoustic Vehicle Alerting System, czyli dźwiękowy system ostrzegawczy dla pieszych i innych uczestników ruchu). Nikt po prostu nie zwraca uwagi na to, że przejeżdżający, nadjeżdżający, czy zaparkowany pojazd jest samochodem jeżdżącym na prądzie, a nie spalającym ciecz z przerobionych zdechłych dinozaurów. 

Elektrospołeczność

Użytkownicy samochodów elektrycznych tworzą małą społeczność, można rzec „elektrospołeczność”. Zapewne nazwalibyśmy ich z ang. Early Adopters, czyli wczesnych nabywców lub „klientów latarni morskiej” (z tym drugim terminem rzadziej się można spotkać, upowszechnił się ten pierwszy). Myślę, że w modelu dzwonu przedstawiającego cykl adopcji innowacji technologicznych Rogersa, który wklejam poniżej, jesteśmy na etapie przejścia z pierwszego ogona do drugiego członu. Innymi słowy samochody elektryczne już nie są wyłącznie dla innowatorów, ale właśnie wczesnych nabywców

Gdzie jesteśmy?

Wartości progowe dla modelu właściwie mogą nieco odbiegać, jeśli popatrzymy na fakt, iż samochody wyłącznie elektryczne (BEV, Battery Electric Vehicle, oznaczane w CEPiK2 jako „EE”) nie osiągnęły w Polsce udziału, który można uznać za awans do drugiego członu modelu. Jednakże patrząc nieco szerzej, na rynek motoryzacyjny Unii Europejskiej, a więc wykluczając Norwegię, która w tym modelu znalazłaby się mniej-więcej w jego połowie, klasyfikacja do tego przedziału wydaje się być w pełni uzasadniona, biorąc pod uwagę liczbę zarejestrowanych (a dokładniej – sprzedanych) pojazdów elektrycznych. W tym kontekście możemy powiedzieć, że w Polsce jesteśmy wciąż „innowatorami”. Obyśmy za jakiś czas mogli powiedzieć wkrótce dumnie o sobie, że jesteśmy (byliśmy) „Trend-settersami elektromobilności”. 

Wracając do niewidzialności. Rzadko zdarza mi się, że jestem wytykany palcami, jadąc Prądojadem. Mogę wręcz powiedzieć, że najczęściej wytykają mnie użytkownicy innych aut jeżdżących na prądzie. Jak wspomniałem wcześniej – stanowimy małą społeczność i odniosłem wrażenie, że jesteśmy dla siebie wzajemnie rozpoznawalni. Częściej zdarza się, że Prądojad przykuwa uwagę przechodniów na parkingu, z wyznaczonym miejscem do ładowania. Zauważyłem, że niektórzy, nieco nieśmiało, przyglądają się co to za dziwny samochód zaparkował na „zielonej kopercie” i dlaczego jest podłączony kablem. Zdarzyło się, że niektórzy wymownie, wręcz z politowaniem patrzą na mnie rozwijającego lub zwijającego kabel, nierzadko kręcąc głową (bynajmniej nie z uznania). Dla nich konwersja z auta z silnikiem spalania wewnętrznego musi chyba graniczyć conajmniej z wyrzeczeniem się własnego nazwiska, dzieci (jeśli posiadają) rodziców, czci i wiary lub wszystko razem wzięte.

Duma, bez uprzedzenia

Dzisiaj jednak zdarzyła mi się miła przygoda. Wyjeżdżając z osiedla, z drogi podporządkowanej, podszedł do mnie pan i zapukał w szybę. Początkowo myślałem, że się zagubił i poszukuje jakiegoś domu lub sąsiedniego warsztatu samochodowego. Ale nic z tych rzeczy! Pan zaczepił mnie i powiedział, że mam bardzo fajny, samochód, „bardzo cichy” – dodał. Po czym zapytał jaki jest jego maksymalny zasięg. Był ewidentnie zainteresowany. Zrobiło mi się miło i ciepło na sercu. Poczułem, że znalazłem kolejnego wyznawcę. Na koniec rozmowy pan oświadczył, że ma hybrydę (oby nie tę „samoładującą się”, jak reklamuje je jeden z producentów – przemknęło mi w myślach). Ale czułem, że dojrzewa kolejny wyznawca. I to konwertyta! Za to wieczorem, kiedy robiłem zakupy w jednym ze sklepów wielkopowierzchniowych, zwanych „hipermarketami” (których ostatnio zaczęło ubywać, a te które się ostały zaczęły się jakby kurczyć w rozmiarach), współkorzystałem z jednej stacji ładowania wraz ze starszym bratem Prądojada – Nissanem LEAF pierwszej generacji. Spotykałem go w tym miejscu regularnie, zanim jeszcze odebrałem Prądojada. Jesteśmy pionierami, innowatorami – to brzmi dumnie!

Dwaj bracia w prądzie ładują baterie.