Na pewno słyszeliście o corocznej akcji „dzień bez samochodu”. Jest to inicjatywa ekologiczna zachęcająca do porzucenia transportu indywidualnego na jeden dzień na rzecz transportu publicznego. Wiele miast, w tym Gdańsk, zachęcają do wzięcia udziału w tej akcji w taki sposób, że właściciel samochodu, który zdecyduje się na podróżowanie tego dnia popularnie zwanym „zbiorkomem” to zamiast biletu wystarczy, że weźmie z sobą dowód rejestracyjny, który w razie potrzeby okaże do kontroli. Podoba mi się ta inicjatywa. Choć przyznam się, że nie zawsze brałem w niej udział. A przynajmniej nie zawsze świadomie. Był czas, że w drogę do biura zabierałem się samochodem z koleżanką (dziś pewnie nazwalibyśmy to „carpoolingiem”), a od czasu, gdy mam hulajnogę elektryczną, stanowiła ona przez znaczną część roku mój podstawowy środek lokomocji do biura. 

W tym roku wszystko wygląda inaczej

Niestety, przyszedł rok 2020 i może się nam zdawać, że wszystko wywrócone zostało do góry nogami. Najpierw czekał nas przymusowy lock-down na wiosnę, a wraz z nim znaczne ograniczenia w podróżowaniu. Części z nich doświadczamy do chwili obecnej. Na przykład ja nadal nie byłem na zaplanowanym urlopie. Zwyczajowo kupiłbym tanie bilety lotnicze, czy wycieczkę last minute i wybrał się w jakieś miejsce, gdzie jest słonecznie, a woda w morzu ma kolor lazurowy. Zamiast tego korzystam z zasobów, jakie mam bliżej, w tym z kąpieli w wodzie o kolorze raczej przypominającym zielony. Branża lotnicza pewnie będzie się podnosić z obecnego kryzysu przez kolejne dwa do czterech lat (dzisiaj czytałem artykuł na ten temat). Niemniej jednak sytuacja ta przyczynia się do ograniczenia emisji szkodliwych substancji do atmosfery. 

Także z tego powodu tegoroczna edycja „dnia bez samochodu” może wyglądać inaczej. Nie wydaje się racjonalne masowe zachęcanie do podróżowania zbiorkomem, w szczególności przez osoby, które definiujemy w grupie ryzyka, jeśli chodzi o potencjalne zachorowanie na COVID-19.

Mimo to ja, zachwycony swoim Prądojadem, postanowiłem sobie zrobić dzień przerwy.  A nawet dwa! Absolutnie świadomie! Korzystając z wciąż przepięknej pogody postanowiłem wybrać za środek lokomocji hulajnogę elektryczną oraz ten znacznie bardziej oczywisty „środek lokomocji”, z którym się urodziłem – własne nogi. W weekend jest to prostsze, bo zdajemy się tak nie spieszyć, jak w tygodniu. Ale mnie i w połowie tygodnia udało się urządzić jeden dzień bez samochodu.

Dzień bez prądu?

Tak sobie spacerując zacząłem rozmyślać. Wcześniej pisałem Wam o dniu bez wydatków, czyli o zaplanowaniu jednego dnia w tygodniu, kiedy nie będziemy ponosić żadnych wydatków. W założeniu oczywiście ma to nas nakłonić do bardziej świadomego wydawania pieniędzy i większej oszczędności. Powyżej wspomniałem o „dniu bez samochodu”. Do głowy przychodzi mi jeszcze jedna akcja, którą kojarzę z późnego PRLu – „dzień bez papierosa”, który miał za zadanie propagować zdrowy styl życia. I nie wiedzieć czemu zapadł mi także w pamięć „dzień bez stanika”, choć nie przyczynia się on ani do propagowania zdrowego stylu życia, ani ochrony naszej planety… 

W tych wszystkich moich rozważaniach doszedłem do wniosku, że w sumie jednego chyba nie jesteśmy w stanie zorganizować – „dnia bez prądu”. Nie za bardzo wiem czemu miałaby ta inicjatywa służyć. 😊

Ładowanie późnym wieczorem pod jednym z centrów biurowych w Gdańsku.