Kiedy pomyślicie o tuningu samochodowym zapewne od razu przed Waszymi oczyma staje widok samochodu sportowego, z dużymi rurami wydechowymi, z których wydostają się upiornie głośne dźwięki, na masce dumnie wystaje „petołap” (tak przepustnice nazywał jeden z moich szefów, choć nie wiem czy dobrze zapamiętałem to słowo), względnie jakiś monster truck, który jest tak duży, że wydawać by się mogło, że na śniadanie pożera inne samochody… Być może się mylę, ale chyba w każdym z nas (jako właścicielu auta) drzemie dusza małego tuningowca. Jeżeli kochamy samochody, to rodzi się w nas potrzeba „podrasowania” czegoś, czy dokupienia jakiegoś fajowego akcesorium. Czy ja tuningowałem swoje samochody? Niech się zastanowię…

W moim pierwszym samochodzie, którym był FSM Cinquecento nabytym z autem elementami tuningu były owiewki szyb oraz blokada antykradzieżowa skrzyni biegów, która nawiasem mówiąc tak się zacinała, że jej nie używałem. Owiewki też szybko zakończyły swój żywot, kiedy odwiedzili mnie przyjaciele z Warszawy, którzy owiewki wyłamali i wyrzucili. Pewnie dlatego, że w ich ocenie wyglądały „emerycko”. Na tylnej szybie miałem naklejony zielony liść, który choć nie był obowiązkowy, to spełniał dwie istotne funkcje: dla mnie był swoistym amuletem, a innych użytkowników drogi miał ostrzegać, że za kółkiem tego czerwonego pudełka siedzi świeżo upieczony kierowca. 😉

Moim drugim autem był Peugeot 206, ale i w nim tuning ograniczał się do wymiany radioodbiornika (pierwszy został skradziony) oraz zakupu kompletu welurowych dywaników (nieoryginalnych, dodam).

W Suzuki SX4 właściwie nic nie upgrade’owałem, ani nie tuningowałem. No, może poza zakupem bagażnika rowerowego, który użyłem może 2-3 razy. Był to też pierwszy mój samochód „od nowości”. Miałem dwa komplety kół. Letnie były na oryginalnych felgach aluminiowych, a „zimówki” na czarnych felgach stalowych. Nigdy nie dokupiłem do nich kołpaków. Na wiosnę kupiłem za to oryginalne dywaniki welurowe, które służyły mi przez 8 sezonów (lat), choć ten kierowcy był już niego przetarty.

Ostatnim autem był GOLF VII. Samochód ten wydawał mi się tak perfekcyjny, że niczego w nim nie zmieniałem, niczego nie dodawałem. Nie widziałem takiej potrzeby. Auto oceniałem jako wybitnie dojrzałe, doskonale wykonane i wyposażone (była to „topowa” wersja). Nie było się zwyczajnie do czego przyczepić. 

Nadeszła kadencja samochodu elektrycznego

O samochodzie elektrycznym marzyłem od kilku dobrych lat. Pisałem o tym w jednym ze wcześniejszych moich wpisów. Kiedy nadszedł czas odbioru cieszyłem się jak dziecko na wymarzony prezent urodzinowy. Samochód elektryczny sprawia mi naprawdę wiele radości, ale mam taką naturę, że dokonuję porównań do moich dotychczasowych doświadczeń, w tym wypadku doświadczeń z poprzednimi autami. O ile wrażeń z jazdy samochodem elektrycznym nie da się porównać do żadnego z wcześniej posiadanych aut, jest po prostu niesamowita, odprężająca, absolutnie bezstresowa. To jednak jeśli chodzi o samo wykonanie auta i zastosowane rozwiązania nie sposób odnieść się do poprzednika, czyli GOLFa. Różnica w podejściu projektantów japońskich i niemieckich nie kończy się na desce kreślarskiej, ale ma późniejsze przełożenie na finalny produkt. Nie sposób więc oprzeć się, że w japońskim produkcie końcowym brakuje wielu „tych” rzeczy. Tak narodził się we mnie duch tuningowca. 

Czy w ogóle możliwy jest tuning samochodu elektrycznego? 

Myślę, że w tym miejscu na chwilę powrócę do Nissana LEAF pierwszej generacji, którego bardzo pragnąłem mieć. Samochód ten królem stylu nigdy nie był. Jego sylwetka była udziwniona. Wtem natknąłem się w internecie na nieco stuningowany egzemplarz. Wyglądał o wiele lepiej. Zresztą zobaczcie sami. Zmodyfikowany zderzak ze spojlerem przednim, zastosowany inny układ świateł przeciwmgielnych LED (które w pierwszej generacji służyły jako światła do jazdy dziennej) oraz alufelgi, spowodowały, że auto prezentuje się bardziej agresywnie, acz nie jest już tak dziwne. Kolor karoserii mój ulubiony – czarny. Prawie hot-hatch, a wozi się na prądzie! 🚙⚡️😉

Nissan LEAF pierwszej generacji w wersji, jakiej mi się naprawdę podobał

W mojej głowie zaczęły się rodzić pomysły na „poprawienie” Prądojada. Od czego postanowiłem zacząć? Od przyciemnienia tylnych szyb. Prądojad jest w moim wymarzonym kolorze. Uważam, że dobrze się w nim prezentuje. Ma to jednak swoje wady. Błyskawicznie się nagrzewa stojąc na parkingu w pełnym Słońcu. Nadmiernemu nagrzewaniu się wnętrza mogą zapobiec przyciemniane szyby. W najwyższej wersji wyposażeniowej są w standardzie. Ale moja Accenta niestety ich nie posiadała. Postanowiłem więc doprawić je samodzielnie. No, może niekoniecznie samodzielnie. Zleciłem to specjalistycznemu warsztatowi, który zajmuje się tym od blisko 15 lat. Efekt możecie zobaczyć sami. W mojej ocenie przyciemnione tylne szyby znacznie poprawiły estetykę auta. Nie umiem ocenić na ile mają one wpływ na nagrzewanie się wnętrza, ale Prądojad wygląda znacznie korzystniej! 

Prądojad z przyciemnionymi tylnymi szybami

Czy będzie kontynuacja?

Mam w głowie wiele pomysłów na „tuning” Prądojada. Ciekaw jestem czy będę w stanie je wszystkie zrealizować i czy nie przedobrzę jak Donatella Versace z operacjami plastycznymi… Podobno tuningowanie samochodu potrafi wciągać w równym stopniu, co zabiegi upiększające. 😉