Dziś minął miesiąc odkąd odebrałem Prądojada. Jak dotąd pokonałem nim nieco ponad 3000 kilometrów. Jeszcze żadnym poprzednim autem tyle nie przejechałem w miesiąc. Nie licząc oczywiście celów wyjazdowych. Choć i tak nawet takich odległości nie pokonywałem. Czy polubiłem to auto? Bardzo! Jest naprawdę dobrze przemyślane. Zauważam liczne mankamenty czy niedoróbki w zakresie funkcjonalności rozwiązań zastosowanych we wnętrzu, jak również wiele niedorzeczności. Planuję opisać naprawdę porządny test Prądojada, jednak wciąż jestem na etapie opracowania koncepcji tekstu i… wideo. Tak! Planuję także film. To dlatego to tyle czasu mi zajmuje. Chcę jednak dostarczyć Wam materiał określonej jakości. 

Dokąd po prąd?

Na ten czas chciałbym się z Wami podzielić moimi przemyśleniami na temat sieci ładowania. Jako, że od miesiąca jeżdżę samochodem, do którego nie leje się wybuchowego płynu rafinowanego ze zdechłych dinozaurów, muszę uzupełniać jego odpowiednik w formie iskier przekazywanych drogą kablową. Wciąż nie zorganizowałem przydomowego gniazda ładowania, więc polegam na sieci publicznych stacji ładowania. Mieszkając w Trójmieście właściwie nie mam problemów z naładowaniem samochodu. Wiele punktów nadal funkcjonuje w programie pilotażowym i dzięki temu jest dostępnych bezpłatnie. Są przystępnie zlokalizowane i w gruncie rzeczy niezawodne. Czasami tworzą się pod nimi kolejki samochodów użytkowników okazjonalnych, którzy zawitali do Trójmiasta na wakacje. Stałych bywalców zaczynam już rozpoznawać (jakoś zaczynamy się wypatrywać wzajemnie „na mieście”), także po meldowaniach w aplikacji społecznościowej Plug Share. 

Garść informacj o PlugShare

O tej aplikacji już wcześniej wspominałem. To dość niezawodne narzędzie do planowania podróży (nie tylko po kraju, ale przede wszystkim zagranicznych), pozwalające na zaplanowanie trasy w oparciu o dostępne punkty ładowania, dostosowane do typu złącza ładowania, w jakie wyposażone jest nasze auto. Ale przede wszystkim zarządzające ewentualnymi kolejkami do ładowania. Jest to oczywiście warunkowane skrupulatnym meldowaniem się użytkowników do poszczególnych stacji na czas ładowania, dzięki czemu inni chętni mogą się zorientować czy dana stacja jest dostępna lub w przeciągu jakiego czasu będzie dostępna. Oznaczać można także stacje uszkodzone. Dzięki temu możemy zaoszczędzić sporo czasu i… prądu. Aplikacja posiada także możliwość dzielenia się fotografiami z miejsc ładowania, co czyni z niej „fejsbuka dla elektroentuzjastów transportu”. Sama obsługa jest bardzo intuicyjna, a po założeniu profilu i zalogowaniu mamy dostęp do wszystkich funkcji, w tym tych, które opisałem.

Rozpadało się na dobre

Ja się ładuję, a tutaj rozpadało się na dobre. Auto naładowało się już do poziomu 3/4 pojemności baterii, jednak ulewny deszcz nie zachęca do opuszczenia samochodu w celu odłączenia wtyczki stacji ładowania. No nic… posiedzę trochę, poczekam. Wam polecam półminutowy relaksacyjny film z deszczem spływającym po przedniej szybie. 

Przez deszcz przyszło mi się ładować nieco dłużej niż planowałem…