Nie należę do osób, które z zapartym tchem zbierają się przed telewizorem, aby posłuchać (i obejrzeć) wróżb Pani Chmurki (lub innego prezentera) odnośnie prognozy pogody na najbliższy czas. Właściwie ostatnią osobą, która miała taki zwyczaj była moja babcia. Kiedyś też śledziłem każdego wieczora pogodę na dzień następny w swoim smartfonie. Czynność tę powtarzałem jeszcze następnego dnia rano. Ale były to jeszcze czasy, kiedy do pracy wychodziło się z domu, a nie pracowało w nim. Jak widać wiele się zmieniło, szczególnie ostatnio. Prognoza pogody przestała mieć większe znaczenie. No, może po zakończonym dniu pracy jeszcze odruchowo sprawdzam pogodę: wyglądam przez okno i zerkam w aplikację w telefonie (obowiązkowo w dwie różne, bo przecież trzeba zyskać pewność). Wszystko po to, aby móc wybrać się na rower, który jest zdecydowanie moją ulubioną aktywnością na świeżym powietrzu. Zmieniło się za to jedno z moich przyzwyczajeń: prognozę pogody mam na stałe wyświetloną jako widget na ekranie głównym Prądojada, co w sumie jest jedną z niewielu interaktywności multimedialnych, jaką serwuje nam LEAF. Dlatego gdziekolwiek jadę, a częściej – gdziekolwiek stoję w korku – z pogodą w okolicy i na najbliższe godziny (i dni tygodnia) jestem na bieżąco. Smutne, co człowiek potrafi robić z nudów będąc zamkniętym w metalowej puszcze poruszającej się żółwim tempem zakorkowanymi ulicami. 

Wracając jednak do tematu wpisu. Coraz krótsze dni nie dają jednak zapomnieć, że zbliża się wielkimi krokami jesień. Choć to moja ulubiona pora roku, to ucieszyłem się na najbliższe dwa dni, na które zapowiadano przepiękną pogodę. Ciepło, bardzo ciepło, bezchmurnie. Czegóż chcieć więcej. Podobno to ostatnie takie dni. Ostatnie podrygi lata. Dla mnie była to doskonała okazja do zabrania się Prądojadem na wycieczkę. A jak na wycieczkę to najlepiej byle jak najdalej. No, może nie na tyle daleko, aby się nie rozładować, ale móc wrócić bez konieczności doładowania na trasie (szkoda na to czasu). Wybór padł na Półwysep Helski. Wszystko po to, aby połączyć dwie przyjemności: jazdy autem na prąd 🚙⚡️ i jazdy na stalowej ramie pomiędzy nogami popychającymi dwa pedały 🚴🏻‍♂️. Plusem tej destynacji, kiedy mieszka się nad Zatoką Gdańską jest fakt, że jest to niedaleko, jak również nie wymaga to większych przygotowań. Może poza naładowaniem auta, co uczyniłem poprzedzającego wieczora. Naładowałem auto, w drodze wyjątku, do 100%, co dało wynik 294 km potencjalnego zasięgu. Nieźle, nieźle – pomyślałem.

Po naładowaniu do pełna instrumenty pokładowe wskazały potencjalny zasięg 294 km
Eko(nomika) jazdy

Jak już Wam wcześniej wspominałem nie jeżdżę za specjalnie ekonomicznie. Cieszę się Prądojadem każdego dnia, a jazda nim sprawia mi ogromną frajdę. To się jednak ostatnio nieco zmieniło. Okazało się, że współpasażerowie nie do końca podzielają moją pasję. A już zupełnie nie współodczuwają takiej frajdy z jazdy jak ja. Dla nich jazda autem elektrycznym jest zbyt gwałtowna i (jak zeznali) kręci im się w głowie od nagłego przyspieszania (i zapewne równie nagłego hamowania). 🤢 W mojej ocenie te całe zawroty głowy nie tyle są spowodowane jazdą autem elektrycznym, co notorycznym wpatrywaniem się w ekrany smartfonów… ale co ja tam mogę wiedzieć – jako kierowca nie używam podczas jazdy telefonu do konsumpcji szeroko rozumianych treści multimedialnych i tak zwanych mediów społecznościowych. Pozostało więc popracować nad techniką jazdy lub… włączyć przycisk ECO, co też uczyniłem.

Jak się okazuje klawisz ECO nie musi się nam kojarzyć źle.

Dość szybko odkryłem, że w trybie ECO jazda przypomina nieco bardziej jazdę samochodem z silnikiem spalania wewnętrznego. Może nie wyrywa się już tak dynamicznie do przodu spod świateł, ale nadal pozwala pozostawić wszystkich w tyle. W sumie – przyjemnie. Zaciekawiło mnie natomiast jak w dalszej perspektywie poruszanie się w tym trybie będzie miało efekt na zużycie energii elektrycznej i czy w konsekwencji zaobserwuję zwiększony zasięg auta. Dodam, że nadal nie uważam, abym jeździł ekonomicznie. Jeżdżę po prostu z włączonym trybem ECO, a to co innego. Auto nadal jest dynamiczne, zwłaszcza kiedy pociśniemy pedał przyspieszenia do samej podłogi. Robiąc to wyczujemy „klik” i od razu poczujemy, jak auto dynamicznie przyspiesza. To swoisty override, który pozwoli nam uciec z trybu ECO, jeśli będziemy potrzebowali całego zapasu dostępnej mocy, na przykład podczas manewru wyprzedzania. Działa to identycznie jak we współczesnych samochodach spalinowych, tylko w nich ten pedał nazywa się „pedałem gazu”. Będąc zachęconym odkryciem przedmiotowego „kliku” ochoczo z niego korzystam. Nie zawsze mam kogo wyprzedzać. Czasami po prostu lubię pierwszy odejść spod świateł, pozostawiając innych uczestników ruchu daleko za sobą. 😉🚙💨

Jak przewieźć rowery LEAFem?

Z uwagi na fakt, iż nieodłącznym elementem dzisiejszej wycieczki była konieczność przewiezienia dwóch rowerów trekingowych (to takie popularne z wyglądu „górale” oswojone także do użytku miejskiego i szosowego, odpowiednik Nissana LEAFa w świecie rowerów), postanowiłem zaopatrzyć się w bagażnik do przewożenia rowerów. Kiedyś skusiłem się do zakupu bagażnika na własność do Suzuki, po czym i tak go użyłem może z dwa razy. Dlatego też tym razem, jako że obudził się we mnie silny gen minimalisty, postanowiłem bagażnik wynająć. Nie wydawało mi się to szczególnie trudne. Znalazłem w Internecie firmę, która świadczyła usługi tego typu. Pan, z którym rozmawiałem, był bardzo profesjonalny i pomocny. Niestety, jakkolwiek by się nie starał… do LEAFa nie przewidziano pasującego modelu bagażnika rowerowego. Zadałem nawet pytanie na Facebookowym forum posiadaczy LEAFów i tu odpowiedź podobna: dachowego nie ma, ewentualnie uniwersalny bagażnik montowany na  tylnej klapie. Ale o taki mi nie chodziło. Zrobiło mi się smutno. ☹️ Na szczęście są alternatywy. Można spróbować wepchnąć dwa rowery, po uprzednim złożeniu ich kierownic, do auta. To założenie okazało się również nader optymistyczne. Szybko okazało się, że poza kierownicą należałoby jeszcze zdemontować oba koła, siodełko i nie wiem co jeszcze. W każdym razie nie miało to sensu. Pozostało wynajęcie rowerów na miejscu, co poza wysokim sezonem, nie wydawało się ani problematyczne, ani szczególnie ryzykowne. 

Koniec wycieczki to nie koniec przygody

Jeżeli z jakichkolwiek powodów nie chcecie dźwigać na tylnej klapie rowerów, to pozostaje Wam albo wynająć (lub zakupić) je na miejscu, albo nadać je przesyłką konduktorską (na Hel dojeżdżają pociągi) lub kurierem. Sam dystans dzisiejszej podróży był idealny dla auta elektrycznego. Trasa niewymagająca, pogoda pozwalająca na osiągnięcie najlepszych osiągów, jeśli chodzi o zasięg i ewentualne szybkie ładowanie. Ja ładować się nie musiałem. Wróciłem do domu z zapasem 71 km. Całość pokonana w trybie ECO. Oczywiście „ECO” z uwzględnieniem moich predyspozycji co do stylu jazdy. 😉 Wieczorem znów naładowałem Prądojada do pełna. Jutro kolejna wycieczka. Jeszcze nie wiem dokąd, ale instrumenty pokładowe wskazują przewidywany zasięg… 305 kilometrów (sic!).

Na koniec wycieczki pamiątkowe zdjęcie Prądojada na tle zachodzącego Słońca