Czy można mieć ulubiony kierunek geograficzny? Właściwie chyba nikt w ten sposób nie zadaje pytania. Jednak gdybyście spytali mnie o mój ulubiony kierunek to bez wahania wskazałbym zachód. Wszystko dlatego, że mam najmilsze skojarzenia z podróżami w tym kierunku. Wczesna jesień to moja ulubiona pora roku. Niektórym przyjdzie na myśl polska złota jesień. Ale mi chodzi o nieco inną porę. Chodzi mi o ten czas w roku, kiedy wakacje się już skończyły, upały zdały się odejść w zapomnienie na wiele miesięcy, a powietrze robi się tak cudownie przewiane. Szczególnie o poranku i wieczorem. Na myśl przychodzi mi całkowicie automatycznie wspomnienie pakowania samochodu i podróży na zachód. Wraz z nim przychodzi wspomnienie zapachu powietrza i szum aut mknących niemiecką autostradą. 

Berlin

Teraz już nie macie chyba wątpliwości. We wrześniu zazwyczaj wybieram się do Niemiec. Najczęściej kieruję się do Berlina. Miasta, które ma niesamowitą energię. Miasta, które wydaje się być tak bezwarunkowe, a ludzie tak przyjaźni. Za to je bardzo kocham. To moje najmilsze wspomnienia. Mój zwyczajowy wyjazd do Berlina zabiera mi weekend + dwa dni w jego okolicach, zaczynając się w czwartek. Dla mnie to idealny okres na krótki wyjazd. Za każdym razem odkrywam nowe miejsca w Berlinie. Mam wrażenie, że zagłębiam się w to miasto coraz bardziej chłonąc całą jego atmosferę posklejaną z różnych kultur, stylów zabudowy i przede wszystkim ludzi. Są też miejsca, które mogę nazwać „swoimi”. Odwiedzam  je za każdym razem i zdaje się, że nic tego już nie zmieni. Miasto przemierzam głównie piechotą i komunikacją miejską, która nawiasem mówiąc jest genialnie rozwiązana i dość przystępna cenowo, jak na jedną z europejskich stolic. Berlin cechuje się niesamowitą lekkością. Nic nie jest na siłę. Każdy może realizować się, jak mu się podoba. To mnie ujęło w tym mieście i dlatego tak chętnie wracam w to miejsce.

Komplikacje z dojazdem

Ten rok jest szczególny. Nadal zmagamy się z pandemią, która zdaje się nie odpuszczać. Choć wiele restrykcji związanych z podróżowaniem zostało poluzowanych, nadal jednak istnieje szereg obostrzeń, które ogołociły wyjazdy wakacyjne z przyjemności. Po okresie izolacji, kiedy byliśmy pozamykani w domach tym chętniej korzystaliśmy w okresie wakacyjnym z możliwości (i okazji) do jakichkolwiek podróży. Podróży, które były nieco inne, bo wybieraliśmy okoliczne destynacje. Jak urlop, to w kraju. Jak wycieczka, to samochodem. Dużo się zmieniło. Nie inaczej jest ze mną. Do Berlina, choć bardzo chętnie bym się wybrał, to jednak dla mnie ta podróż będzie bardziej skomplikowana niż dotychczas. I to nie tylko z powodu pandemii. Mam w końcu auto elektryczne i muszę podróż rozplanować inaczej, niż dotychczas. Ale do tego jeszcze powrócę. Najpierw przejedźmy się moją ulubioną trasą.

Ulubiona droga

Moją ulubioną drogą do Berlina jest droga krajowa nr 6, która w sporej części ma przekrój trasy szybkiego ruchu S6. Niestety, do zakończenia tej inwestycji drogowej trzeba jeszcze poczekać kilka lat, bo pewnie nie wcześniej niż w roku 2024-2025. O ile nie będzie opóźnień. Ale i w obecnym kształcie trasa ta jest przyjemna. Ruszając z Gdańska, w którym mieszkam, muszę najpierw pokonać trójmiejską obwodnicę, a następnie przejechać tak zwane „małe trójmiasto kaszubskie”, czyli Rumię, Redę i Wejherowo. Zaraz za Wejherowem kończy się droga dwupasmowa i rozpoczyna się droga krajowa numer 6. Nie zraża mnie to jednak, bo po pierwsze – na urlopie człowiek śpieszyć się nie musi, a dwa – za oknem mogę podziwiać moje ulubione krajobrazy. Pierwszym z nich jest pradolina Redy-Łeby, która rozpościera się, gdy wyjedziemy z krętej drogi w lesie mniej-więcej na wysokości Łęczyc i ciągnie się do Lęborka.

Widok z okna samochodu na pradolinę Redy-Łeby

Na kilka kilometrów przed Słupskiem wskakujemy na obwodnicę, dzięki czemu możemy zaoszczędzić czas przejazdu przez centrum miasta. Droga jest w układzie 2+1, więc w zależności od jej przebiegu mamy możliwość bezpiecznego wyprzedzenia wolniejszych uczestników ruchu. Zaraz za Słupskiem, na wysokości Kobylnicy kończy się nasza przygoda z drogą ekspresową i znów wracamy na krajową szóstkę. Kolejnym charakterystycznym punktem podróży jest Sianów. Ostatnim razem, gdy jechałem do Berlina, nie była jeszcze gotowa obwodnica tej miejscowości. Sianów sprawia dość smutne wrażenie, ponieważ jest bardzo zaniedbany. W jego centrum, przez które wiedzie krajowa szóstka, są ładne zabudowania. Są one jednak bardzo zaniedbane. Ruchliwa droga powoduje, że mieszkańcy zdali się całkowicie jej unikać. Wąskie drogi i liczne zakręty stanowią nie lada wyzwanie dla kierowców ciężarówek. Mam nadzieję, że wraz z przemieszczeniem się tranzytu do nowej obwodnicy, miasto to doczeka się rewitalizacji, a mieszkańcy znów powrócą do centrum. Sianów to także ważny dla mnie punkt orientacyjny, ponieważ kiedy go miniemy, pozostaje już wypatrywać Koszalina

Podczas mojej ostatniej podróży wjeżdżałem jeszcze do miasta, ale tylko po to, aby odbić na nowo-wybudowaną drogę ekspresową, którą dojedziemy już do samej granicy państwa. Przed samą granicą, na ostatnim MOPie znajduje się KFC, gdzie zwyczajowo zawsze się zatrzymuję. Obok są dwie stacje paliw: jedna pod szyldem BP, druga Orlenu. Jadąc autem spalinowym oznacza to także ostatnią okazję do zatankowania do pełna. Granicę przekraczam zawsze na przejściu w Kołbaskowie. Od tego miejsca zatrzymania do Berlina pozostają już tylko niespełna dwie godziny drogi (około 130 kilometrów). Pokonanie całej trasy zajmowało mi nieco ponad 7 godzin. Jeżeli w Berlinie są korki to będzie to bliżej 8 godzin. Podczas podróży zatrzymuję się zazwyczaj trzykrotnie. Pierwszy raz w Rumii w Mc Donaldzie, gdzie w zależności od pory jem śniadanie (rano) lub kupuję kawę (po południu). Kolejny raz zatrzymuję się gdzieś w połowie trasy. Po prostu mój pęcherz ma ograniczony zasięg i będzie się domagał chwili postoju w celu opróżnienia jego zawartości. Ostatni postój to wspomniane przeze mnie KFC przed Kołbaskowem. 

Jak teraz dojechać?

Jak już wcześniej wspomniałem – podróżowanie Prądojadem wymaga wcześniejszego planowania. Pod tym względem trasa ta, tak przeze mnie lubiana, staje się niezwykle ryzykowna. Wszystko przez brak pokrycia jej siecią szybkich ładowarek. Teoretycznie wygląda jednak nieźle. Ładuję się do pełna w domu, dojeżdżam do szybkiej ładowarki na stacji Orlen w Kobylnicy koło Słupska (144 km), a następnie do szybkiej ładowarki Energa w centrum handlowym Emka w Koszalinie (62 km). Ostatni etap będzie dość karkołomny. Oznacza on konieczność pokonania blisko 180 km trasy ekspresowej w żółwim tempie. Wszystko po to, aby na odpowiedniku elektrycznych oparów paliwa, dojechać do jednej z kilku dostępnych szybkich ładowarek w Szczecinie. Wcześniej nie ma ani jednego miejsca, gdzie można się naładować. Na dodatek trasa ta jest ryzykowna, ponieważ wystarczy, że jedna z wcześniej wspomnianych stacji ładowania będzie niedostępna, to mamy problem. Nie mamy bowiem żadnych alternatyw, jadąc Prądojadem. ☹️ Jechanie komfortową drogą ekspresową wlokąc się podpiętym do poprzedzającej nas ciężarówki również nie należy do najprzyjemniejszych. Dodając czas potrzebny na naładowanie trasa ta nam się wydłuża do ponad 10 godzin. To zapewne dlatego aplikacja A Better Route Planner podpowiada nam wybranie innej trasy. Trasa wiodąca autostradą A1, następnie drogą ekspresową S5 (i krajową piątką, bo cała trasa nie jest jeszcze dostępna), po czym autostradą A2, jest zdecydowanie mniej ryzykowna, z uwagi na dość gęsto usytuowane ładowarki w jej przebiegu. Jest ona także znacznie szybsza, bo podróż nią zajmie niewiele ponad 9 godzin. Niestety, nie jest tak malownicza i nie zapewnia tylu miłych wspomnień, co moja ulubiona droga. Pozostaje mieć nadzieję, że na odcisku S6 pojawią się na MOPach szybkie ładowarki. Ale ja już, teraz odczuwam narastającą potrzebę pojechania do mojego ukochanego miasta.

Berlin, Plac Paryski. Widok na Bramę Brandenburską.