Dziś jest święto. Nie chodzi mi o wigilię święta edukacji narodowej. Dzisiaj jest święto każdego prawdziwego Apple Fan Boya. Nie jest to święto cykliczne, choć 2-3 razy do roku Apple zaszczyca nas specjalną konferencją, na której prezentuje nowe produkty i usługi. Dziś nie mogło być inaczej. Punktualnie o godzinie 19:00 czasu środkowoeuropejskiego (czyli „naszego”) rozpoczęła się transmisja. Jest to już kolejna transmisja, która odbywa się bez udziału publiczności. Jest starannie wyreżyserowana i taka sterylna. Nie ukrywam, że jej estetyka bardzo mi odpowiada. Apple zaprezentowało nowe urządzenie, jakim jest wielofunkcyjny głośnik bezprzewodowy do naszego domu – Apple HomePod, tym razem w rozmiarze „mini”. Gadżet bardzo ciekawy, choć nieosiągalny w polskiej dystrybucji Apple, z uwagi na brak wsparcia asystenta głosowego Siri dla naszego języka (szkoda). Dalej było tylko ciekawiej. Jesienią zwyczajowo prezentowane są nowe iPhone’y. Było na bogato, bo do wyboru będą aż cztery modele: iPhone 12 mini, iPhone 12, iPhone 12 Pro oraz iPhone 12 Pro Max. A do tego dedykowane akcesoria. Mokry sen Apple Fan Boya gwarantowany. 

Podejście (nie)minimalistyczne

Chciałbym jednak podzielić się przy tej okazji z Wami moimi przemyśleniami w temacie ciągłego parcia do… właśnie, jak to nazwać po polsku? Od kilku lat nasila się zjawisko, które nosi nazwę (z języka angielskiego) „ery upgrade’u”. Po polsku byłaby to najprędzej „era aktualizacji”, ale zaraz wyjaśnię o co chodzi, bo to tłumaczenie nie oddaje do końca sensu.

Żyjemy w czasach, gdzie jesteśmy atakowani coraz to nowszymi wersjami produktów, a dawniej dwusezonowy rok w modzie (kolekcje wiosna-lato oraz jesień-zima), został zastąpiony 52-sezonowym rokiem, dzięki zjawisku „fast fashion” (jakby nie było – szybkiej mody). Do tego wszystkiego dochodzi cała papka marketingowa, która pcha się do naszych głów wszelkimi możliwymi kanałami odbioru, coraz to częściej wprost na ekrany naszych małych urządzeń, które ściskamy w ręku przez znaczną część dnia. I tak co roku na jesieni pojawia się nowy iPhone. Nieco wcześniej, bo w połowie roku pojawiają się nowe komputery od Apple. A będąc zapisanym do newslettera popularnej sieciówki modowej, dowiadujemy się, że każdego tygodnia jest praktycznie nowy „sezon”. Każdy komunikat marketingowy, który do nas trafia, przedstawia nam nowy produkt jako nowszy, lepszy, szybszy, a z każdym nowym „sezonem” możemy odświeżyć swoją garderobę. Jest to naturalnie zamierzone działanie ze strony koncernów: skracanie cyklu życia produktu do tego stopnia, abyśmy odczuwali potrzebę zmiany na „nowszy model”. Co by było jasne – nie jest temu winne samo Apple, ponieważ kreowanie wspomnianej przeze mnie wyżej potrzeby rozlało się na wiele branż, wielu producentów (w tym silnie konkurujących z sobą).

Nowa forma niewolnictwa

Gdyby tak się zastanowić chwilę, to można powiedzieć, że mamy nową formę niewolnictwa. Ciągłe dążenie do odświeżania swojej garderoby, czy zmiany gadżetów na nowsze spowodowało całkowite rozregulowanie całkiem dobrze funkcjonujących do tego pory mechanizmów w naszych głowach odpowiedzialnych za poczucie zadowolenia i satysfakcji. Dzieje się tak poniekąd, ponieważ adresujemy w ten sposób potrzeby pokazania innym naszego statusu. Niegdyś służył temu celowi samochód (im większy, im droższy). Ale teraz przerzuciliśmy się na gadżety i modę, stając się tym samym niewolnikiem marek. Jeżeli nas na to stać, to jeszcze pół biedy. Wówczas możemy co najwyżej przemyśleć ślad ekologiczny, jaki zostawiamy. Ale prawda jest niestety dużo smutniejsza. Najczęściej nas na to nie stać. Bo jak inaczej można tłumaczyć kolejne zakupy w modowej sieciówce realizowane z użyciem dość mocno wyeksploatowanego limitu karty kredytowej, czy zakup kolejnego gadżetu na raty 0% promowane przez praktycznie każdy elektromarket? O śladzie ekologicznym nie zapominając. Warto więc na chwilę zatrzymać to szaleństwo i zastanowić się zadając sobie kilka pytań:

  1. Czy mnie na to stać?
  2. Czy moje urządzenie wciąż działa poprawnie? Czy mogę je naprawić? 
  3. Czy rzeczywiście „nie mam się w co ubrać”?
  4. Czy różnica stary-nowy jest tego warta?
Moje podejście do tematu upgrade’u

Podzielę się z Wami moim podejściem do „upgrade’u”. Zaczynając od komputera. Od wielu lat używam Macintoshy. Przywykłem do ekosystemu Apple, a same urządzenia uważam, że są bardziej niezawodne i starzeją się znacznie wolniej od popularnych PC-tów. To dlatego swojego pierwszego MacBooka kupiłem na początku roku 2009 i używałem nieprzestannie do jesieni 2016 roku, kiedy kupiłem kolejnego MacBooka. Owszem, komputer się raz popsuł, ale oddałem go do naprawy. Dwa razy też rozbudowałem jego podzespoły (dodając więcej pamięci RAM i wymieniając dysk twardy na SSD). W nowych modelach samodzielna wymiana podzespołów nie jest już możliwa, dlatego też zdecydowałem się na komputer o nieco bardziej rozbudowanych parametrach, z intencją, że posłuży mi przez kilka kolejnych lat. 

iPhone

Uwielbiam iPhone’a. Dla mnie to nie tylko podstawowe narzędzie służące komunikacji (coraz rzadziej głosowej), ale od wielu lat także mój jedyny aparat fotograficzny, który mam praktycznie zawsze przy sobie. Od wielu lat zmieniłem podejście do wymiany na nowszy model. Zaczynałem od modelu 3G, by po roku zmienić na 3Gs, a w kolejnym na iPhone’a 4. Były to jednak czasy, gdy przepaść pomiędzy kolejnymi modelami była naprawdę odczuwalna. Uważam jednak, że teraz tak już nie jest. Dlatego zakupionego w 2012 roku iPhone’a 4S zmieniłem dopiero w roku 2015 na iPhone’a 6, by zmienić go po raz kolejny dopiero w roku 2018. Jak nic rysuje się u mnie 3-letni cykl wymiany urządzeń. Uważam go za optymalny. Mój obecny iPhone X ma dokładnie 30 miesięcy, więc nie widzę potrzeby zmiany go szybciej niż w przyszłym roku. Dodam, że nigdy nie kupowałem iPhone’a u operatora w ofercie abonamentowej, czy też coraz popularnej ofercie łączącej abonament za usługi telekomunikacyjne z ratami za sprzęt. Uważam ten zakup za nieopłacalny i dlatego rozdzielam zakup telefonu od opłacania usług. Po co przepłacać. 

iPad i Apple Watch

Być może Was zaskoczę, ale cykl życia iPada jest w moim przypadku jeszcze dłuższy, niż iPhone’a. Pierwszego iPada 2 zakupiłem w roku 2011, a obecnego iPada Air 2 w roku 2015. Używam go do tej pory i choć działa zauważalnie powolnie przy bardziej wymagających zadaniach, to nadal nie widzę potrzeby jego zmiany. Jest to dla mnie urządzenie głównie do konsumpcji treści, czyli głównie wygodnego przeglądania internetu (www oraz YouTube). Do pracy z dokumentami (edytor tekstu lub arkusz kalkulacyjny) trzeba mieć już więcej cierpliwości. Ale do tych zadań i tak bardziej sprawdza się komputer. Owszem, miło jest pomarzyć o najnowszych iPadach, które oferują dołączaną klawiaturę oraz rysik, ale cena zbliżająca się do 6.500,- zł za taki zestaw jakoś skutecznie mnie powstrzymuje. Nieco inaczej jest z zegarkiem. Swojego pierwszego Apple Watcha kupiłem w roku 2015. Był to zegarek pierwszej generacji, który przyznaję, że dość szybko się zestarzał. Podobnie zresztą, jak to miało miejsce z pierwszymi iPhone’ami. Dlatego od grudnia 2017 roku używam Watcha trzeciej generacji, który służy mi do dnia dzisiejszego.

Mój pierwszy Apple Watch świeżo po zakupie. Uczucie posiadania tak zaawansowanego, jak na ówczesne czasy urządzenia na nadgarstku było niesamowite.
Czy jest jedna droga?

Opisałem Wam moje podejście. Ale oczywiście nie ma jednej drogi dla wszystkich. Dla wielu osób smartfon czy zaawansowany tablet to narzędzia pracy, często wspierane profesjonalnym oprogramowaniem, np. do edycji grafiki. Ale dla mnie taki cykl aktualizacji po prostu działa. Zmieniłem także swoje nastawienie do sposobu zakupu. Przyznam się Wam, że zarówno iPhone’a 6, jak i iPada 2 kupiłem na raty 0% (jakże by inaczej). Ale teraz wystrzegam się tej formy zakupu. Wiedząc mniej-więcej w jakim cyklu wymieniam sprzęt – planuję zakup odkładając określoną kwotę pieniędzy co miesiąc. W ten sposób można naprawdę w 3 lata uzbierać wystarczające środki na nowego iPhone’a, a starego… najlepiej sprzedać lub przekazać komuś, komu będzie służyć przez jakiś czas. 😉