Patrząc za okno wydaje się, że jesteśmy w samym środku zimy. Wprawdzie luty dopiero co się zaczął, ale miesiąc ten jest tak krótki, że nim się zorientujemy to zaczyna się już kończyć. Może to dlatego luty jest w mojej ocenie całkiem znośnym miesiącem, jak na środek zimy. Z perspektywy posiadacza samochodu elektrycznego w naszej strefie klimatycznej (i naszej szerokości geograficznej) zima jest dość… wredną porą roku. Zobaczcie sami dlaczego zimą w elektryku jest inaczej!

Zimą w elektryku jest inaczej – ładowanie

Zastanawiam się kiedy ostatni raz mieliśmy śnieżną zimę. W ubiegłym roku zima była na pomorzu praktycznie niezauważalna. Dni śnieżnych było łącznie 6 (sic!). Ostatnią tak śnieżną zimę ledwie pamiętam. Przeglądając archiwum zdjęć w moim telefonie musiałem się cofnąć aż do roku 2010. Tyle, że wówczas nie miałem auta elektrycznego, ale Suzuki SX4 z napędem na obie osie i nie mieszkałem w centrum miasta, ale na jego obrzeżach, w otulinie lasu Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Pisałem zresztą o tym tutaj. Na tamten czas ciężko było nie docenić dołączanego napędu na tylną oś.

W każdym razie teraz, z perspektywy posiadacza auta elektrycznego, śnieżna i mroźna zima jest zupełnie innym doświadczeniem. Zwłaszcza, kiedy korzysta się z sieci publicznych stacji ładowania. A to dlatego, że spróbujcie pod taką stację podjechać, aby skutecznie naładować swoje auto. O zaoszczędzeniu miejsca dla drugiego użytkownika auta elektrycznego, również spragnionego prądu, można zapomnieć.

Zimą w elektryku jest inaczej czyli NIssan LEAF ładuje się zimą na ośnieżonej publicznej stacji ładowania Orlen.
To stacja ładowania przy stacji paliw Orlen. W centrum miasta. Spróbujcie tu zaparkować!
Zimą w elektryku jest inaczej – zasięg

Jazda autem elektrycznym jest prawdziwą przyjemnością. W moich poprzednich wpisach dzieliłem się z Wami moimi przygodami z letnich, czy jesiennych wojaży. Pogoda była przyjemna, dni długie, a czas spędzony pod publicznymi stacjami ładowania jakoś upływał niezauważenie. Wraz ze spadkiem temperatury w kolejnych miesiącach zauważyłem jednak, że moja typowa trasa do Wdzydz Kiszewskich (w tę i z powrotem) na w pełni naładowanym akumulatorze zaczyna być wyzwaniem. Owszem, udało mi się tę trasę pokonać kilkukrotnie, ale powrót był przeżyciem trzymającym w napięciu, niczym dobry thriller. Ciągle chodziły mi po głowie myśl „czy dojadę?„. Sami zobaczcie zresztą jak to wygląda. Na poniższych fotografiach porównanie maksymalnego zasięgu latem (w trybie ECO) oraz zimą (już bez trybu ECO i z włączonym ogrzewaniem z temperaturą komfortową w kabinie).

Porównanie zasięgu maksymalnego lato-zima. Nissan LEAF z baterią 40 kWh.

Nie zrozumcie mnie źle. Jazda zimą autem elektrycznym nadal ma sens. Nadal pokonuję każdego dnia dystans, który jest w zupełności do pokonania przez moje auto. Po prostu dalsze podróże wymagają nieco bardziej dokładnego planowania, niż ma to miejsce latem. Spędzanie czasu podczas ładowania nie jest tak złe, bo kabina jest ogrzewana, więc nie grożą nam odmrożenia, a nudę możemy zabić korzystając tabletu, komputera, smartfonu (odpowiednie skreślić).

Zimą w elektryku jest inaczej – ciepło, cieplej, gorąco…

Auto elektryczne ma też pewne zalety. Na przykład możecie całkowicie zapomnieć o skrobaczce do szyb! Dzięki temu, że możecie zdalnie przy użyciu smartfonu zlecić wcześniejsze ogrzanie kabiny, co opisałem w moim wcześniejszym wpisie o aplikacji Nissan Connect. Od teraz zawsze wsiadacie do pojazdu już przyjemnie wygrzanego, z odmrożonymi (a także z odśnieżonymi) szybami. Coś wspaniałego!